poniedziałek, 26 września 2016

Matura nadchodzi

Rocznik 98' w tym roku szkolnym przygotowuje się do matury. Mam na myśli oczywiście tych, którzy są uczniami liceum. Na samą myśl chce mi się płakać. No cóż, tak to jest jak się przez dwa lata nie przykładało do nauki. A bo to dopiero za dwa lata, a bo to dopiero druga klasa, czyjaś 18stka wypadała itd. Takie są skutki lenistwa. Dwa lata przeleciały szybciej niż mi się wydawało i oto nastał ostatni rok mojej obowiązkowej edukacji, który kończy się egzaminem dojrzałości. Do matury zostało 219 dni, czyli około 7 miesięcy, więc jest jeszcze czas na naukę i nadrobienie zaległości. Mam do siebie jednak żal, że nie przyłożyłem się chociaż z jednego przedmiotu. Teraz nie zostało nic, tylko rozwiązywać arkusze i uczyć się najważniejszych przedmiotów. Wiem, że w takiej sytuacji jak ja jest mnóstwo osób, a ile osób będzie uczyło się tydzień przed? Wiem jedno: lepiej wziąć się teraz i uniknąć stresu. Mimo, że chęci brak trzeba brać się do pracy póki czas. Najbardziej wkurzające jest to, że na maturze pojawiają się przedmioty obowiązkowe, które trzeba zdać na minimum 30%. Nie jest to jakaś wygórowana granica, ale sam fakt jej istnienia powoduje u człowieka nieprzyjemnie odczucia. Najwygodniejsza dla uczniów sytuacja byłaby taka, w której sami mogliby decydować, które przedmioty chcą zdawać. Mam na myśli, to że nie byłoby żadnych przedmiotów obowiązkowych tak jak teraz. Polska szkoła nie jest dla uczniów, lecz to uczniowie są dla szkoły i to prędko się nie zmieni. Cieszę się, że to już mój ostatnio rok, bo dłużej bym chyba nie wytrzymał, tym  bardziej przy zmianach, które wprowadza nasz rząd. Mówi się, że lata spędzone w szkole to najlepsze lata w życiu. Po tych 11 latach nie byłbym tego taki pewien. Owszem, mają swój urok na początku podstawówki, bo później jest już tylko gorzej i trudniej. Ktoś powie: pójdziesz na studia zobaczysz, co to sesja/ w życiu się jeszcze napracujesz. Po pewnym czasie idealizujemy przeszłość, nawet ja mam dobre wspomnienia z gimnazjum, mimo że był to najgorszy okres w moim życiu. Polska szkoła jest dziwna - uczymy się mnóstwo nieprzydatnych rzeczy (wątpię, żeby wzory skróconego mnożenia kiedykolwiek mi się przydały albo budowa płazów), jesteśmy zdemotywowani ciągłym gadaniem nauczycieli, że nic nie umiemy, często relacja uczeń - nauczyciel wygląda jak w przeszłości niewolnik - władca, tak naprawdę nie uczymy się, tylko wkuwamy po czym zapominamy, bo materiał nie jest już więcej powtarzany na lekcji i tak można by cały czas wymieniać. Denerwujące jest również przekonanie w naszym kraju, że człowiek bez matury jest głupi. Absolutnie się z tym nie zgadzam. Bez matury również można normalnie żyć, a studia z wyjątkiem kolejnej nauki, nie gwarantują nic. 
Za wszystkich tegorocznych maturzystów trzymam kciuki, bo wiem, że damy radę. Mamy jeszcze czas, żeby coś zdziałać i dobrze się przygotować.



Kiedy starasz się uważać na lekcjach w szkole.


Dlaczego musimy uczyć się tych wszystkich rzeczy?



Kiedy próbujesz rozwiązać zadanie z matmy. 

piątek, 10 czerwca 2016

Nie daj sobie wmówić, że coś z tobą nie tak

W gimnazjum często towarzyszyło mi uczucie wyalienowania. Teraz również się pojawia, ale zdecydowanie rzadziej. Polega ono na odczuwaniu samotności i całkowitego niezrozumienia przez rówieśników, czyli nic miłego. Okres dojrzewania, który w swojej najgorszej postaci pojawia się przeważnie w gimnazjum potrafi dobić każdego. Wszystko staje się denerwujące i traci jakikolwiek sens. Taka emocjonalna karuzela, która trwa kilka lat. Te przerwy spędzone w izolacji bądź w towarzystwie innych wykluczonych, wyzwiska, które pojawiały się każdego dnia. Nic dziwnego, że wielu nastolatków nie wytrzymuje i wybiera śmierć. Ja do dzisiaj mam ślady po żyletkach. Głupie to było, teraz to wiem. Nie pamiętam, co wtedy myśleć musiałem, że to robiłem. Nikt o tym nie wiedział. Gimnazjum odcisnęło swoje piętno na mojej psychice. Przez dłuższy czas unikałem ludzi, bo bałem się, że mnie wyśmieją. Wygodniej było się zamknąć w swoim pokoju na cały dzień i pogrążyć się w myślach, słuchać muzyki, czytać książkę albo posiedzieć w internecie. To była moja forma ucieczki od codzienności i problemów. Drugi raz bym przez to nie przeszedł, chyba. Teraz, w liceum jest zdecydowanie lepiej. W końcu odnalazłem się i udało mi się poznać naprawdę fajnych ludzi. Byłem przekonany, że ta chwila nigdy nie nastąpi. Dzięki nim uświadomiłem sobie, że jestem normalnym człowiekiem, który potrafi normalnie zachowywać się wśród rówieśników. Nawet nie zdają sobie sprawy, jak ważną rolę odegrali w moim życiu. Miałem szczęście, że spotkałem ich na swojej drodze. Ale nie od razu było tak kolorowo. Zacznę od początku, szkołę wybrałem w innym mieście, aby całkowicie zmienić otoczenie i być anonimowym. Nie byłem pewien, czy to była dobra decyzja. Codzienne dojazdy były i nadal są uciążliwe, ale można się przyzwyczaić. Trochę zajęło mi czasu za nim poczułem się dobrze w nowym miejscu. Mimo wszystko, uważam, że to była jedna z lepszych decyzji, jakie kiedykolwiek podjąłem. Tak naprawdę wiele zależy od ludzi. To oni sprawiają, czy dobrze czujemy się w danym miejscu. Dlatego nie dajmy sobie wmówić, że coś z nami jest nie tak. To takie banalne, ale nie od razu oczywiste. Uczucie wyalienowania pojawia się wciąż, jednak z mniejszym natężeniem. Podejrzewam, że wrażenie odmienności nieprędko da mi spokój. 


dokładnie...

sobota, 7 maja 2016

Ej, jesteś gejem?

Ej, jesteś gejem? - takie pytanie w krótkim odstępie czasowym padło z ust kilku moich znajomych. Mnie po prostu momentalnie zatkało. Oczywiście każda moja odpowiedź brzmiała przecząco, ale jednocześnie w mojej głowie włączył się czerwony alarm O ku*wa, domyślają się! Co teraz?! Spytałem się po kolei, dlaczego tak uważają. To, co usłyszałem nie różniło się zbytnio od odpowiedzi poprzedzającej - No bo wiesz... Nie masz dziewczyny, ubierasz się tak trochę pedalsko... Aha, dzięki szczerość. Okej, może posiadam może lepszy zmysł estetyczny. Jestem zdania, że nie powinno się pytać o takie rzeczy. Znając ich, to nie mieli nic złego na myśli, tylko byli ciekawi. Trzeba znać jednak granice. O niektóre sprawy nie wypada pytać. Z resztą, kogo obchodzi, kto jakiej jest orientacji. No tak, ale żyjemy w społeczeństwie bardzo wścibskich ludzi. Niektórym wydaje się, że mają prawo wtrącać się w czyjeś życie. Jeden chłopak w mojej szkole miał odwagę i powiedział o swojej tajemnicy "przyjaciółce", a wiadomo jak to działa - Tylko nikomu nie mów! Plotki rozeszły się z prędkością światła. Nawet ciąża jednej z rówieśniczek nie wzbudziła takiej sensacji. Ludzie zaczęli mu dokuczać, ale słownie. Czasem pojawiały się głupie uwagi w jego stronę. Ja chłopakowi współczułem, chociaż myślałem, że będzie gorzej. Naprawdę. Zastanawia mnie, co go pokusiło, żeby komukolwiek powiedzieć o swojej orientacji. I to jeszcze komuś ze szkoły. Od tego zdarzenia minęło już parę miesięcy i wszystko ucichło. Być może o to chodziło, żeby zrobić wokół siebie szum? Tak czy siak, nie warto wychodzić z szafy w szkole. Lepiej poczekać. Jeśli chodzi o mnie, to zamierzam dokonać coming-out'u dopiero wtedy, kiedy wyjadę na studia. Przyznam się tylko najbliższym osobom, ale to dopiero za rok jak dobrze pójdzie. Nie zamierzam się z tym spieszyć, bo to poważna sprawa i najpierw trzeba to dokładnie przemyśleć, a nie ulegać emocjom. Trzeba się zastanowić komu i jak powiedzieć, ponieważ reakcje mogą być różne. Zdaję sobie sprawę, że pytania tego typu będą się pojawiać i z tym nic nie zrobię. Mogę odpowiedzieć tylko nie


-Jesteś gejem?
- Nie, nie oczywiście, że nie...



-Yyyy...

niedziela, 24 kwietnia 2016

Wieczorne spacery

Słuchawki na uszy, ulubiona muzyka i przed siebie. Lubię wieczorne spacery. Mogę wtedy przemyśleć, przeanalizować cały dzień i pobyć trochę sam ze swoimi myślami. Jest to chyba najprzyjemniejsza część dnia. Zapomnieć o tym, co się dzieje na świecie i rozmarzyć się. Poczuć się na chwilę wolnym. Jest to dobry sposób, aby się odstresować. W między czasie porobię jakieś zdjęcia (niekoniecznie siebie :)), które może kiedyś tu pokażę. Moje miasto może do najpiękniejszych nie należy, ale tereny poza nim mają swój urok - zwłaszcza o zachodzie słońca. Wiosną wszystko staje się piękniejsze i kolorowe. Po długiej i szarej zimie przyroda budzi się do życia. Uwielbiam zapach świeżego deszczu oraz kwiatów, a alergikom szczerze współczuję pyłków. Nie mogę się doczekać, kiedy do szkoły będę chodził w krótkim rękawku i nie zmarznę. Z drugiej strony obserwuję mieszkańców miasta. Zauważyłem, że coraz więcej osób w różnym wieku uprawia sport. Ja również zamierzam, ale musi być zdecydowanie cieplej. Zastanawiam się nad joggingiem, czyli prościej mówiąc nad powolnym biegiem, truchtaniem. Mam motywację, ponieważ chcę schudnąć parę kilogramów. Przechadzając się tak przedmieściami mijam również osoby starsze. Przeważnie są biedne i schorowane. Mam wrażenie, że takich ludzi jest coraz więcej, a może mi się tylko zdaje. Swoją drogą to bardzo smutny widok, bo kiedyś my również będziemy mieli te siedemdziesiąt, osiemdziesiąt, czy jeszcze więcej lat. I co? Też będziemy się martwić, czy wyżyjemy z głodowych emeryturek? Na ulicach nie brakuje jednak najnowszych modeli samochodów, których przybywa z roku na rok. Powstają nowe osiedla, drogi i ścieżki rowerowe. Nie mam pojęcia skąd ludzie biorą na to pieniądze, bo przecież znalezienie normalnej pracy w mojej miejscowości graniczy niemal z cudem, ale jesteśmy zaradnym narodem. Bo nie mamy wyboru. Tak czy siak, jeszcze rok, matura i przeprowadzka do większego miasta, o ile wszystko pójdzie gładko. Oby się udało, bo życie jest nieprzewidywalne. 


Za nieco ponad miesiąc skończę osiemnaście lat, ale nie wyprawiam hucznych urodzin. Zaproszę kilku najbliższych mi znajomych i pójdziemy na piwo albo coś. Jeśli chodzi o wielkie imprezy to zdecydowanie wolę być gościem niż solenizantem. To stresujące uczucie, kiedy wyprawiasz dużą osiemnastkę i chcesz, żeby każdy gość się świetnie bawił. Widzę to po moich znajomych, którzy bardzo to przeżywają i wcale im się nie dziwię. Nie lubię być w centrum uwagi i czułbym się zmieszany, kiedy tłum gości zacząłby śpiewać sto lat. W sumie, to już przestało mi przeszkadzać, że powoli osiągam pełnoletność. Zacząłem dostrzegać wiele korzyści. Wierzę w to, że zaczynają się najpiękniejsze lata mojego życia. Mam nadzieję, że uda mi się gdzieś załapać do pracy we wakacje, aby sobie trochę dorobić. Łatwo nie będzie, ale fajnie byłoby mieć już trochę własnych pieniędzy, a później pojechać na jakiś koncert lub festiwal. 


sobota, 16 kwietnia 2016

Skuteczność produktów zielarskich

Jak większość nastolatków borykam się z trądzikiem na twarzy. Nie jest on, co prawda aż tak widoczny jak jeszcze dwa, czy trzy lata temu, ale wciąż pojawiają się nowe wypryski. Na dodatek zimą moje włosy stają się oklapłe, słabe i częściej wypadają. Wiadomo, wizyty u dermatologa albo dawały efekt na krótki czas albo wcale. Pamiętam, jak jedna pani lekarz, która miała bardzo dobre opinie w internecie (chyba sama je sobie pisała) poleciła mi branie kilku antybiotyków dziennie (nie pamiętam dokładnie ile), chyba czterech. Nie byłem do końca przekonany do tego, ponieważ jak wszyscy wiemy antybiotyków nie bierze się od tak. Po niecałym tygodniu moja odporność została zmasakrowana, aczkolwiek pojawiły się efekty. Moja twarz była pozbawiona czerwonych wyprysków, ale za jaką cenę. Mama powiedziała, że mam natychmiast przerwać tę terapię, bo się wykończę. Tak zrobiłem i oczywiście problem znowu wrócił. Poszedłem do Rossmanna. Jest tam pełno produktów, które mają pomóc w walce z niedoskonałościami. Garnier, Nivea, Under 20 itp, itd. Peelingi, żele, toniki - wszystko było tak skuteczne, że aż wcale... Efekt może i był, ale prawie niewidoczny lub krótki. Takie problemy dla większości ludzi mogą wydawać się błahe, ale nie dla nastolatków. Miałem jednak to szczęście, że wypryski nie były aż tak duże w porównaniu z twarzami innych rówieśników. Wracając jednak do walki, którą postanowiłem podjąć sam. Bez żadnych lekarzy, którzy nie dość, że pogarszali sytuację to jeszcze brali za to pieniądze. Dużo czytałem w internecie o trądziku, o sposobach leczenia, kuracjach. Prawie wszędzie pisało to samo, póki nie trafiłem na jakiś blog o tematyce zielarskiej. Wyczytałem tam wiele ciekawych informacji jak zredukować niedoskonałości i jak wzmocnić włosy. Chcę się z wami podzielić wiedzą jaką udało mi się zdobyć i którą sam stosuję codziennie. 


  1. Olej kokosowy - jest bardzo uniwersalny. Moja mama stosuje go na twarz, ponieważ jest bardzo nawilżający, natomiast ja doustnie, aby wspomagał trawienie. Dodatkowo jest antybakteryjny, więc na grzybicę oraz różnorakie wypryski również działa.
  2. Olej z czarnuszki - silne działanie antybakteryjne, przeciwzapalne oraz przyspiesza gojenie się ran. W szczególności polecam go w zwalczaniu trądziku. Działa!
  3. Olej rycynowy -  między innymi stymuluje porost włosów. Odkąd pamiętam mam zakola, ale na szczęście nie powiększają się, więc wcieram go właśnie tam, aby pozbyć się problemu.
  4. Nasiona kozieradki -  wzmocnienie i stymulacja porostu włosów, sprawia, że nie wypadają. Nasiona te są bardzo tanie, a bardzo skuteczne. Robię z nich napar tzn. wsypuję jedną łyżeczkę nasion do kubka i zalewam je gorącą wodą. Następnie czekam około godzinę, aby się wszystko zaparzyło oraz zdążyło trochę wystygnąć. Napar wcieram we włosy i czekam minimum dwie godziny a później spłukuję szamponem.  Włosy stają się puszyste i trochę poplątane. Jedynym minusem może być zapach, który przypomina rosół, no chyba że ktoś stosuje szampon silnie pachnący, to wtedy problemu nie ma. 

Jeśli chodzi o oczyszczanie twarzy to polecam Bioliq - żel oczyszczający ze szczoteczką. Dzięki niemu udało mi się pozbyć wągry, czyli czarne punkciki, które najczęściej występują w okolicach nosa i czoła. Z tej firmy używam również krem przeznaczony do cery trądzikowej, który ją łagodzi. Posiadam żel do twarzy z firmy Ziaja (seria liści z manuka) oraz tonik. Wbrew temu, co piszą w internecie, nie powinno się używać kosmetyków, które w swoim składzie zawierają alkohol. Teraz szukam dobrego szamponu. Najlepiej bez SLS- ów, czyli detergentów syntetycznych, które w wysokim stężeniu mogą szkodzić włosom. W drogeriach raczej takiego nie znajdę, dlatego przeszukuję internet. No, trochę tego mam, ale na pewno nie przebiję Carlo, który również prowadzi bloga - zyciepodtecza.blogspot.com :D  
Mam nadzieję, że wy nie macie problemów ani z cerą, ani z włosami, a jeśli macie to z czystym sumieniem mogę wam polecić wszystkie wyżej wspomniane kremy, olejki czy żele.   




sobota, 12 marca 2016

Wakacje potrzebne od zaraz

Mam już dosyć (to jeden z tych wpisów, w których narzekam na wszystko). Tej szkoły, nauczycieli, dojazdów (około 45 minut w jedną stronę), stania na przystanku w deszczu/śniegu, autobusów... I na co to wszystko? W szkole potrafią tylko wymagać i zadawać zadania domowe. Osiem marnowanych godzin w szkole i następne pięć godzin przy nauce i robieniu zadań. To ja się pytam: po co my tam chodzimy? Na jedno wyjdzie czy mi dane zagadnienie wytłumaczy nauczyciel czy sam przysiądę do tego w domu. Musimy zaprzątać sobie głowę masą niepotrzebnych rzeczy. Większość uczniów stosuje zasadę wkuj, napisz, zapomnij. I jaki to ma sens? Szkoła uczy nas tylko i wyłącznie jak rozwiązywać zadania pod klucz z matury. Żadnych innych umiejętności raczej nie nabędziemy. Nie liczy się wiedza i jej praktycznie zastosowanie, lecz wpasowanie się w klucz. Polski system edukacji to porażka. Uczeń powinien być najważniejszy, ponieważ to on uczęszcza tam, aby się kształcić. Tymczasem jest zupełnie inaczej - jesteśmy traktowani jak intruzi. O ile w szkole podstawowej rzeczywiście można się jeszcze nauczyć przydatnych umiejętności jak pisanie, czytanie, czy liczenie i sprawia to nawet przyjemność, o tyle w takim liceum po tylu godzinach masz wszystkiego i wszystkich dosyć. Niby możemy wybierać w szkołach ponadgimnazjalnych profile lub kierunki kształcenia, ale kto w wieku szesnastu lat wie, co chce robić w przyszłości? Niewiele z nas. Przykładem jestem ja sam. Jestem w drugiej klasie liceum o profilu z rozszerzoną biologią, chemią i angielskim. Teraz wiem, że nigdy nie zdecydowałbym się na to. W gimnazjum biologia wydawała się naprawdę fajna. Budowa człowieka i roślinek, genetyka... Tematy były przystępne i nie sprawiały większych problemów. A teraz? Kiedy patrzę w podręcznik, że jeden temat liczy z około dziesięć stron, to od razu mi się odechciewa. Chemia z resztą to samo. Angielski jest okej i nie mogę na niego narzekać. Poza tym, skoro jestem na biochemie, to po co mi przedmioty takie jak: WoK (wiedza o kulturze), PP (podstawy przedsiębiorczości), geografia, historia, WoS (wiedza o społeczeństwie). Ja rozumiem, że jest to liceum ogólnokształcące, ale taka geografia czy historia były już w gimnazjum i każdy kto je ukończył ma już podstawową wiedzę z tych przedmiotów. A tematy są prawie takie same jak w gimnazjum, tylko że bardziej okrojone. Wszystkie te przedmioty kończą się w pierwszej klasie, bo w drugiej wchodzą już wszystkie rozszerzenia i HiS (historia i społeczeństwo, połączenie WoSu i historii). Na PP rzeczywiście uczyliśmy się aż na jednej lekcji, jak wypełniać PIT. Tyle z tego pamiętam... A jeszcze wracając do decyzji, która okazała się bardzo dużym błędem w moim życiu, czyli o wybieraniu kierunku. Gdybym mógł się cofnąć w czasie o te dwa lata, to wybrałbym technikum. Trwa ono co prawda rok dłużej niż liceum, ale chociaż ma się tego technika i dalej można iść na studia, a po liceum masz tylko wykształcenie średnie i jak nie pójdziesz na studia albo do szkoły policealnej, to prawdopodobnie będziesz miał problem, aby znaleźć pracę. No i jeszcze słowo MATURA, którym katują mnie codziennie od pierwszego września 2014 roku. Najbardziej boję się o matematykę, ponieważ jestem kompletnie upośledzony z tego przedmiotu. Niby trzeba napisać "tylko" na te 30%, ale to jest aż 30%! Raczej nie będę zdawać ani chemii ani biologii na poziomie rozszerzonym. Na pewno będzie to język angielski i język polski, ponieważ wiem jednio: na pewno nie pójdę na studia ścisłe, ale na filologiczne. Nie rozumiem czemu istnieją obowiązkowe przedmioty na maturze. Każdy powinien mieć wybór. Nie każdy jest dobry z chociażby tej matematyki. Do technikum nie mogę już iść, to znaczy mogę, ale musiałbym nadrobić półtora roku. Podejrzewam, że nie ja jeden żałuję swojej decyzji, ale trzeba iść dalej. Najważniejsze, żeby kierunek studiów dobry wybrać, no ale przed tym zdać maturę, którą będę pisać za rok. 



giphy.com


piątek, 12 lutego 2016

Parówki BESOS!

Już są! Parówki randkowe BESOS od Magdy Gessler! Szalona, nieprzewidywalna i kolorowa - tak w skrócie można ją opisać. Uwielbiam Magdę, jestem jej fanem. Uważam ją za jedną z barwniejszych postaci polskiego show-biznesu. Co tydzień oglądam program Kuchenne rewolucje, gdzie pokazuje jaki syf nam serwują na talerzach. Wielokrotnie była krytykowana za rzucaniem w ludzi jedzeniem, ale według mnie postępuje słusznie. Nie ma się co dziwić. Każdy zdenerwowałby się, jeśli by podano mu przeterminowaną albo źle przyrządzoną potrawę. Na szczęście nie przejmuje się tym, co o niej mówią. Żyje tak jak chce. Robi to, co lubi i na czym się zna. Niedawno wypuściła linię produktów BESOS, ale najbardziej popularne są właśnie parówki randkowe. W ofercie są jeszcze między innymi białe i normalne kiełbasy. Ale co tak naprawdę oznacza Besos? Besos z języka hiszpańskiego oznacza całusy, pocałunki. Pani Magda często na swoim fanpage'u na fejsie odpisuje jako nieliczna z gwiazd na komentarze fanów. To bardzo miłe z jej strony, chociaż podejrzewam, że stoją za tym ludzie od PRu, ale mimo wszystko to bardzo fajne. Wracając jednak do parówek - wczoraj miałem okazję kupić je w sklepie. Można je nabyć na sztuki albo od razu pakowane. Jedna sztuka kosztuje 1,30 zł. Skład nie wygląda najgorzej, no i w smaku są dobre. Na pewno kupię ich więcej. Gdzie można to zrobić? Dostępność produktów można sprawdzić na besos.com.pl/pl 
Mam nadzieję, że wam również zasmakują. Besos moi drodzy! 


internet